środa, 28 stycznia 2015

Żęder atakuje



 O ile w kraju Przywiślańskim (jak mawiają Estończycy) trwa dyskusja nad tym czy historyk powinien jeszcze chodzić do archiwów, czy zupełnie dać sobie spokój z tą niewdzięczną robotą, o tyle za Bałkanem już dawno zrezygnowano z chodzenia do tego typu miejsc. Być może ma to związek z faktem, że można w archiwum spłonąć wraz z archiwaliami. Wydaje się jednak, że strach przed śmiercią w płomieniach to tylko jeden z argumentów przeciwko pracy w archiwum, drugim ważniejszym są współczesne tendencje w nauce, które można krótko streścić: pisz co chcesz, ważne by było dużo dziwnych niezrozumiałych słów i zgadzało się z powszechnie przyjętą tezą.
Społeczność w Bośni i Hercegowinie wzięła sobie do serca to nowoczesne postrzeganie rzeczywistości (tym bardziej, że poziom nauki spadł tam drastycznie od czasu rozpadu Jugi) i zupełnie porzuciwszy trzymanie się jakiejkolwiek metodologii, (nie wspominając o krytyce źródłowej bo takowe przecież występować nie mogą wobec braku źródeł w przypisach) postanowiono sięgnąć po tematy chwytliwe, które modernistyczne środowiska naukowe (sic!) przyjęły z otwartymi rękoma.
Słowem kluczem w moich rozważaniach jest słynny także u nas gender (żęder). Rzesze różnego rodzaju lożek (psycho, socjo, etno), ruszyły tłumnie do klawiatur. Kto żyw, nosi okulary i  potrafi obsługiwać Offica zmusił się do mobilizacji. Efekty ich pracy, wsparte frankami, euro i dolarami bratnich feministek, wysypały się jak grzyby po deszczu. Sarajewo, Banja Luka, Mostar, wszędzie tam postanowiono doszukać się w dziejach sławetnego żędera. Wygląda to o tyle zabawnie, badając historie kobiet, wyciąga się ich zasługi, i stawia na cokole, prezentując je jako podmioty bez których Bośnia, Bośnią by nigdy nie była. Podczas, gdy tak naprawdę kobiety nie odgrywały tam ŻADNEJ istotnej roli od XV wieku. Ani kulturowej, ani politycznej. Wiem, wyszedł ze mnie seksta i konserwa, ale niestety tak jest. To co nazywamy historią kobiet w Bośni i Hercegowinie to wyłącznie EPIZODY. Takie kobiety jak np.  Staka Skenderova czy Stoja Kašiković, postacie ciekawe i inspirujące, stanowiły wyłącznie folklor. Miss Ibry ze swoimi protestanckimi nowinkami była uważana za istotę siejącą zgorszenie i upadek moralny.
Zaś teksty Jelicy Belović-Bernadzikowskiej o „nowoczesnych kobietach” w czasie gdy się ukazywały budziły u większości mieszkańców BiH co najwyżej salwy śmiechu, bo przecież żadnemu mężczyźnie nie przyszło do głowy, że kobieta może samodzielnie podejmować inne decyzje niż co ugotować na obiad. A przecież to właśnie mężczyźni czytali „Zorę” czy skierowany do nauczycieli „Školski Vijestnik”, gdyż rzeczą wymowną jest fakt, że niepiśmienność wśród kobiet, aż do lat 90siątych XIX wieku sięgała blisko 100 %.
Takich przykładów można wymienić dziesiątki. Gdyż każda próba pokazywania historii kobiet jako czegoś co miało istotny wpływ na bieg dziejów tego kraju czy, Boże broń, Półwyspu Bałkańskiego, zderza się z bolesną rzeczywistością. Wybaczcie drogie Panie – historia Bałkanów to historia facetów. Kobiety tam robiły albo za tło, albo za kwiatek do kożucha. Wiem, że brzmi to fatalnie, ale to niestety prawda.
Nie liczą się jednak fakty, chodzi o to by coś wydać, publikację odfajkować i karmić gawiedź zindoktrynowaną papką. A to, że informacje z książki nie pokrywają się z rzeczywistością, to nic nieznaczący szczegół. Przykład? Proszę bardzo. W najnowszej publikacji, Zabilježene. Žene i javni život Bosne i Hercegovine u 20. Vijeku [red:] Gavić, S., Miličević J., Sarajevo 2014 możemy przeczytać m.in., że Teodora Krajewska była rodowitą krakowianką, podczas gdy Teosia w rzeczywistości pochodziła z Warszawy i nienawidziła Krakowa, o czym pisała w swoich wspomnieniach. Jednak Panie "lożki" wyszły z założenia, że skoro większość Polaków w BiH pochodziła z Galicji to i Krajewska musiała, a skoro Galicja to Kraków - proste? proste, szkoda tylko, że nieprawdziwe. Niechlujstwa tej książki i ilości bzdur jakie tam możemy znaleźć nie tłumaczy nawet fakt, że Panie feministki uwijały się nad jej wydaniem jak w ukropie, i z żalem we wstępie stwierdzają, że nie wszystkie archiwa udało się odwiedzić, ale na pocieszenie mają to, że pisały teksty z pasją i miłością. Jak widać za Bałkanem warsztat naukowy zastępuje ciepłe serce i dobre chęci. Jawna kpina z czytelników.
Ale dość tego pastwienia się nad bezbronnym. Niestety w Bośni i Hercegowinie ideologia i chęć bycia trendy przegrywa z analitycznym myśleniem i krytycznym podejściem do przedmiotu. Nie jest wcale tak, że uważam studia nad historią kobiet za bezwartościowe, przeciwnie. Sądzę jednak, że prace jakie obecnie wychodzą na ten temat w Bośni i Hercegowinie, swoją nienaukowością kompromitują nie tylko gender studies, ale również zasłużoną sarajewską szkołę historyczną, która przecież wychowała kiedyś takich ludzi jak Kraljačić, Ekmečić czy Immamović. Niestety tego typu tuzów kończących sarajewską Alma Mater nieprędko zobaczymy. Cytując klasyka: To se ne vrati Pane Havranek!

Bibliografia
Zabilježene. Žene i javni život Bosne i Hercegovine u 20. Vijeku [red:] Gavić, S., Miličević J., Sarajevo 2014.
Krajewska T., Pamiętnik, Kraków 1989.
J.H. Predstavljena knjiga “Banja Luka: Znamenite žene u istoriji grada, http://www.bhrt.ba/kultura/knjiga/predstavljena-knjiga-banja-luka-znamenite-zene-u-istoriji-grada/ [z dnia 28.01.2015].

T.J. Lis

wtorek, 27 stycznia 2015

Jak więzień z więźniem



- Buchnąłeś moje rudniki, lemberze! jak wezmę do grabki szumowisko, to będzie taka maga, że ci ligary odpadną.
- No to ładuj na piec, odholują cię na grande!

Większość osób czytając to krótkie zdanie nie ma pojęcia czego ono dotyczy. Jeszcze nieco ponad 100 lat temu w ten sposób, odpowiednik dzisiejszego patryjoty (wówczas Andrusa) z makówką bez piórek (czyt. łysa pała) przekazał by swojemu antagoniście, informację następującej treści

 – podpier***** moją kasę, złodzieju! Jak wezmę pałę, to ci spuszczę taki wpier***, że ci łapy poprzetrącam.
- No to cho na solo, zaje*** cię!

Cóż, jak widać burzliwa dyskusja dwóch osób z tzw. nizin społecznych, tak wtedy jak i dzisiaj mogła być nacechowana podobnymi emocjami, i co najważniejsze zakończyć się podobnym wynikiem (wizyta w szpitalu lub na cmentarzu), jednak jej forma była zdecydowanie przyjemniejsza dla ucha. Większość więziennej terminologii, niegdyś używanej, dzisiaj nie tylko trąci myszką, ale jest idealnym tematem na notkę do achtunga.
Nie wszystkie jednak słowa, jakie zawarł w swoim Szwargocie więziennym, Karol Estreicher, odeszły do lamusa. Niektóre ewoluowały – XIX wieczna grypsanka dzisiaj jest grypsem. Inne zaś znalazły uznanie gawiedzi, niekoniecznie związanej z systemem penitencjarnym. Spośród słów wymienionych w książce „ojca polskiej bibliologii” znajdziemy wiele takich, które obecnie są używane w mowie potocznej; frajer – nowy lokator w zakładzie karnym (nazywanym niegdyś domkiem loretańskim), badyle – jako określenie włosów i nóg, czy kapuś – zdrajca i donosiciel. Przykłady tego typu można mnożyć, i znajdziemy je nie tylko u Estreichera, ale także w innych pracach o podobnej tematyce (patrz bibliografia).
Nie jest więc żadną nowością fakt, że terminy używane przez mieszkańców więzień (angrezów) po jakimś czasie lądują w (ubogim bądź co bądź) zestawie słów używanych przez Kowalskiego. Lektura słowników nazywanych polsko-złodziejskimi, może być nie tylko zabawna, ale i pouczająca. Napakowani taką wiedzą, możemy swobodnie iść na gieldź (miasto), pooglądać się za gliniorami (tylna część ciała) walnąć ampułę (kieliszek) i oddać się w opiekę jakiejś goni (ssak leśny, jagodzianka, grzybiarka).

Bibliografia
Estreicher K., Szwargot więzienny, Kraków 1903.
Małocha A., Żydowskie zapożyczenia leksykalne w socjolekcie przestępczym, [w:], Anusiewicz J., Siciński B.,  Języki subkultur, t. 10,  Wrocław, 1994, s. 135-170.
Kurka A, Słownik mowy złodziejskiej, Lwów 1899.

T. J. Lis

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Celebryta w zbroi



W 20leciu międzywojennym mieliśmy Ernesta Wilimowskiego, za komuchy sportowców-celebrytów było całe mnóstwo z Kazikiem Deyną na czele. Niedawno skończyła się Małyszomania, a obecnie palmę sportowca celebryty dzierży Robert Lewandowski.  Ludzie potrzebują symbolu. Sportowiec zaś swoimi sukcesami daje im chwilową radość i wówczas fani sami łapie nieco promyków ze słońca sukcesu okalającego zwycięzcę. 
Współczesna inscenizacja walki Zawiszy Czarnego z Janem Hartmanem
Dzisiaj jednak nie będzie o wyżej wymienionych postaciach, postaramy się przenieść w odległą przeszłość, by tam poszukać przykładu sportowca celebryty. Co taka osoba musi spełniać, by określić go tego typu mianem? Mimo wszystko musi być dobra w tym co robi, to warunek podstawowy. Poza tym musi być charakterystyczną osobowością, kto pamięta o zwycięzcach ciapciakach? Nikt poza historykami, którzy sami są ciapciakami. Przede wszystkim jednak musi odnosić sukcesy. Bez tego, ani rusz.
Idealnym przykładem sportowca celebryty, jakiego możemy odgrzebać z kart historii jest z pewnością Zawisza Czarny. Trudno jest tak naprawdę coś o nim więcej powiedzieć, gdyż facet obrósł już taką legendą, jak Ronaldo (ten prawdziwy brazylijski) tłuszczem.

Nikt nie przewyższył Zawiszy Czarnego szlachetnością i dzielnością bohaterską. We wszystkich wyprawach okazywał się rycerzem dzielnym i znakomitym; słynął odwagą i wielkimi czyny, w których nikt mu nie wyrównał. Był zaś w mówieniu słodki i ujmujący, tak iż nie tylko ludzi zacnych i szlachetnych, ale barbarzyńców nawet swoją uprzejmością zniewalał.

Taki oto opis spotykamy w jednej z książek dotyczących Jagiełłowego rycerza, która powołuje się na Jana Długosza. Ogólnie rzecz biorąc dyskusja nad nim zamyka się w dwóch słowach „oh i ah”, do panegirystów Zawiszy, dołączać nie będę skupię się raczej na innej stronie tej postaci. Bez względu na to jak cnotliwy i prawy był Zawisza, z pewnością była to fachura jak na swoje czasy. Walczył pierwszorzędnie, a do tego miał jeszcze poukładane w głowie. Dzięki temu zdobył sobie nie tylko sławę i uznanie, także wśród rywali, ale również ogromne pieniądze i co za tym idzie pozycje. Jak widać, także w średniowieczu na rozrywce (jaką były rycerskie turnieje) można było zbić przyzwoity majątek. Było jednak nieco trudniej, bo nie istniała funkcja menadżera, który ustawiał by mu majętnych rywali ani PRowca, który fotografował by go z obdartymi, umorusanymi w gnoju maluchami. Mimo to jednak zdobył sobie sławę jak mało kto w jego czasach. A potem to już tylko biesiady, mniej lub bardziej cnotliwe księżniczki, itd.
Po setkach lat, kiedy to przez cały czas Zawisza tylko w świadomości nielicznej wykształconej grupy osób, mit niezwyciężonego Polaka, który tłukł niemiłosiernie każdego, kto mu się napatoczył wybuchł z siłą wulkanu. Odpowiedzialni za reaktywacje legendy Zawiszy byli jak zwykle narodowi historycy, pisarze i poeci z XIX stulecia, którzy w czarnowłosym rycerzu znaleźli uosobienie wszelkich narodowych cnót, męstwa, wrażliwości, odwagi, siły, itd.
Ten łebski sportowiec celebryta, potrafiący przekuć swoje umiejętności na złoto, zyskał więc wiele lat po swojej śmierci  drugie życie, i mimo, że nie ma ono zbyt wiele wspólnego z prawdziwym Zawiszą, sława jego imienia rozbłysnęła nowym blaskiem.  Niczym zakuty w zbroję Himilsbach stał się bohaterem wielu anegdot i opowiastek, jak choćby ta o uczcie w czasie której dał po gębie Węgrowi Gyuli, który uderzał w konkury do Bośniackiej księżniczki Dragi (wersji o tym wydarzeniu jest przynajmniej kilka). Tego typu legend można odnotować jeszcze bardzo wiele, nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością, ale za to doskonale oddają mentalność ludzi opowiadających podobne rzeczy, i wzorce jakimi się kierowano w XIX stuleciu.
Ostatnimi czasy w czeluściach Internetu daje się zauważyć powrót do idei Zawiszoczarnej. Jest to widoczne szczególnie w kręgu młodych i zagniewanych kuców, którzy z symbolem Polski Walczącej na podkoszulku, walczą niczym ich nowo wykopany wzorzec ze swoimi rodzicami o godzinę dłużej komputera, lub prowadzą niemniej heroiczne boje (jak Zawisza z Janem Aragońskim) z nauczycielem matematyki o 3 w dzienniku z ostatniego sprawdzianu.  O ile w ich przypadku jest to nawet zabawne o tyle, i łatwo wytłumaczalne (cóż świadomość historyczna w naszym kraju kuleje) nieco mniej uśmiechu  budzi u mnie, gdy u dorosłego faceta, wydającego książki sprzedawane w dobrych księgarniach, czytam podobne bzdury „ku pokrzepieniu serc”. Ale o wizji historii w wykonaniu Pana Mateusza „Biszopa” Biskupa już było kiedyś na achtungu.

Bibliografia
Biskup, M., Niezwyciężony, http://blogbiszopa.pl/2011/07/niezwyciezony/ [stan z dnia 24.01.2015].
Kuczyński, S. M., Zawisza Czarny, Katowice 1983.
Możejko B., Szybowski S., Śliwiński B., Zawisza Czarny z Garbowa herbu Sulima, Gdańsk 2003.

T. J. Lis